Wszystko ok ale na s2 30lvl+ będzie nas naprawdę mała garstka Neutral


W sumie to nie mój problem... na s2 jest obecnie 18 rycerzy mających 30 i 31 lvl. Do rozpoczęcia turnieju na pewno ktoś jeszcze do 30 dojdzie,(no chyba że specjalnie będzie się wstrzymywał) musicie się zmobilizować i przekonać wszystkich do uczestnictwa Myślę że wabik w posatci kamyczków jest wystarczający

zgadzam sie z przedmówcą. Ja na pewno specjalnie bede wstrzymywac poziom bo mam wieksze szanse w takim ukladzie ale boje sie Słonka i Yasia * z Balmengiem nigdy nie walczyłem, ale pewnie tez nie bedzie łatwo...

btw, kiedy mniej wiecej (jezeli w ogole) bedzie kolejna edycja?

· 

Czyli co po prostu cieńko gwiżdżesz?
Na gwizdanie przywabia się sóweczke, ale to raczej nie ma przypominać myszy

Apropo wabików dostępnych w sklepach myliwskich. Widziałem niedawno wabik na słonki. Czy ktos może cos o tym powiedzieć - jaki głos to imituje chrapanie czy to ksykanie? I jaka jest reakcja słonki na takie wabienie? Przylatuje do takiego wabika czy co?

Kejbii ma

dzisaj byłem w sklepie myliwskim i taki wabik na lisy imituj?cy głosy myszy i kniazienie zaj?ca wraz z kaset? kosztuje 88 zł:/

nie lepiej było z wabikiem na słonke - 56 zł. Ale teraz już wiem przynajmniej że wabikiem tym imituje się nie glos godowy samca, a zaniepokojonej samicy!

twierdzenie, że istnieją okręgi mające dwa różne środki da
się udowodnić za pomocą kartki ołówka i gumki pachnącej
chińszczyzną z sofistycznym kominkiem w tle. czatujący
rankami wieczorami nocami drapiąc lśniące haikotki za
uszami pogrążeni w psychozie maniakalno - depresyjnej
poeci wrzucają do ognia zwinięte w kulkę wszystkie szach i
dogmaty prosto w rozwarte gorące ssąco-trawiące wrota a la
kobieta umierająca na liryzm wierzy, że autonomia anonimowości
zapewnia jej nieśmiertelność i bezawaryjną antykoncepcję
względem zatkanych natłokiem uczuć mężczyzn. cyklotymia
zimowych poranków odrywa jej super ja od jego lebiego wpadnij
zrobię herbatę zieloną azali bido zetrę ci z ust ten ironiczny
uśmieszek bo co ty wiesz o seksie dziecko - tfu - co ty wiesz
o miłości? mój okrąg to dwie półkule i tyle z ciebie co cyrkiel,
cyngiel pif paf i nie ma mnie i nic mi już nie zrobisz chyba,
że słońce wypalające w źrenicy taki mały znaczek, który potem
pełźnie po ścianach, po twarzach, po drugorzędnych cechach
płciowych aż do umieram i nie kocham nikogo, gram w kółko,
igram krzyżykiem pana Boga. a ty idź na spacer z jej psem i
nie zawracaj.


przyciąga i odpycha.
latam po okręgu wiersza z rozwianym włosem już któryś raz, a to cholerstwo
ma w środku taką grawitację, że nie puszcza; ośmiorniczka przesadzonych
ornamentów składniowych poddusza najlepsze fragmenty, jednak mimo to wabik
lingwizmu, który w modzie, a tu i do taktu nawet, podkreśla cechy rasowości.

gdyby tak dało się poutrącać niektóre macki, np.

gorące ssąco-trawiące wrota a la
kobieta umierająca na liryzm wierzy, że autonomia anonimowości
zapewnia jej nieśmiertelność i bezawaryjną antykoncepcję
względem zatkanych natłokiem uczuć mężczyzn.


byłoby nad czym zapiać w głos...

ja bym pani sugerowała jeszcze ze dwie-trzy zwinięte kulki do ognia; powinno
być przejrzyście skoro w grę wchodzi, bądź co bądź, geometria:-)

dziudzia


· 

Hej Słonko
Nie ma za Super rzecz taki kolczyk w pępku - polecam (seksowny wabik ) Pozdrawiam

Kumpelku, a moja rada jest taka, azebys nigdy nie dal sie ponownie skusic na ..... .
Musimy pamietac, ze ciekawosc to pierwszy stopien do piekla. Kiedys, dawno temu ja rowniez podlapalam bakterie. A stalo sie to dlatego, ze pod linkiem napisano (wiadomo, w jakim celu) uwage, zeby zignorowac odsylacz. Po przeczytaniu "ostrzezenia" momentalnie kliknelam na wabika. Szczescie, ze Jasiu odblokowal serwer. Obecnie to na zimne dmucham i nie daje sie podwozic na "zdechlej kobyle".

Pejso-szerszenie kiepeluja w Stanach jak przyssac sie tym razem do cycka Wegrow, i podoic w ramach odszkodowan dla (tak twierdza) ofiar Holocaustu.
Grono zgranych "amerykanskich prawodawcow" nabazgralo elaborat adresowany do wladz wegierskich. Pismo poleca zalatwienie w trybie szybkim - roszczen ocalalych Zydow wegierskich.
Wine za zwloke obarczaja wegierskie wladze, ktore podobno "cudow" wymagaja w ramach udowodnienia praw do schedy, od ledwo zipiacych z holocaust industry- kieszonkowcow.

Wegrzy w odpowiedzi na jawne zakusy - postawili "przemyslowcom" ponizsze, i jakze "oburzajace" warunki do spelnienia:
"Roszczeniodawcy musza dostarczyc metryke urodzenia, akt zgonu, akt slubu , swiadectwa edukacyjne, po to zeby udowodnic ich pokrewienstwo do ofiar nazistowskich."

Niemozliwe do spelnienia wymagania wladz wegierskich rozjuszyly roszczacych, bajeruja, ze takie wymagania wladz wegierskich to zgodne sa z prawem Kaduka. Tlumacza, ze na "ich" szczescie to "duzo takich dokumentow bylo zniszczonych podczas Holocaustu i praktycznie jest niemozliwoscia uzyskanie wymaganych papierow z miast i wsi, ktore juz nie istnieja i z tego powodu, ze po wojnie granice Wegier sie zmienily."
Dopisano, ze 17.000 Amerykanow ( wyparli sie przodkow) zlozylo podanie o wyrownanie krzywd i ponaglaja rzad wegierski do szybkiego pelnego zadoscuczynienia roszczen.

Uwzieli sie takze na Rumunie jak tylko nierostropnie wskoczyla do Unii. Tez chca i stamtad pochapac.
Jasne jak slonce, w czyim to najbardziej interesie lezy poszerzanie Euroszabru..

W tych dniach zostala wydana ksiazka autorstwa amerykanskiego idola "The Rewolution: A Manifesto". Mam ja juz w domu bo zamowilam za posrednictwem internetu. Jasiu aktualnie ja czyta i jest zachwycony trescia. Ron zdobyl nastepnego fana. Napisana jest bardzo zrozumialym jezykiem, bez wymadrzen i szczerze. Ron przelal na papier swoje dlugoletnie przemyslenia, doswiadczenia w polityce. Wywraca caly zasr ..... establishment do gory nogami wg zaslug.
Ksiazka jest bestsellerem nr 1 na rynku wydawniczym w Stanach. Jasiu mowi, ze kazdy kto ma troche oleju w glowie, to po przeczytaniu upewni sie, ze Ron Pual to DAR dla Ameryki i swiata.

Weekendowych uciech zycze:

Kolesiowna

Zefir spojrzał a następnie ruszył w kierunku dźwięku który dobiegał z krzaków w dość nietypowy sposób a mianowicie na mocno zgiętych kolanach. Czy chciał wywabić kotka z krzaków czy może jakiegoś nieznanego stwora z zębami wielkości jego nogi, grunt że ruszył do krzaków. Gdy w końcu dotarł do nich dźwięk nadal cicho dochodził zza nich. Nadal nie rozpoznawalny i nadal delikatny, intrygujący i pełen napięcia. Teraz jeszcze dodatkowo pełen piękna z nutką wabika.

- Phi, może i nie ale poważna jest strasznie, dumna jakby była jaką księżniczką albo co – odparła kobieta po czym odwróciła się plecami do Eurusa pokazując mu szeroki i tłusty tyłek, ruszając do swego wozu kołyszącym się chodem.
Eureus ruszył przed siebie, między małymi, brudnymi budowlami zwanymi przez niektórych domami a przypominających rudery z najgorszych dzielnic slumsów. Ludzie tu mieszkający nie mieli pieniędzy, pracowali przy odbudowie wierzy lub w innych miejscach miasta, zatrudniani do najgorszych prac, do tych do których mieszkańcy miasta nie chcieli nawet się zbliżyć. To podgrodzie było brudne i cuchnące, pełne resztek, odpadów i śmieci. Eureus mógł przyjrzeć się temu miejscu jak i ludziom i to co zobaczył bardzo mu się nie podobało ale też nic nie mógł poradzić. Takie było życie, bezwzględne i pełne cierpienia i nędzy.
Jednak dość szybko mag wyszedł poza obszar tego typu zabudowań zmierzając w kierunku lasu który znajdował się w niewielkiej odległości od bram. Słońce stało wysoko na niebie i mocno świeciło powodując że idący raźnym krokiem mag spocił się i lekko zmęczył, jednak nie na tyle by tracić czas na odpoczynek, droga dopiero się rozpoczęła a do zachodu było jeszcze daleko

Nagle cieniopłaszczka lotem koszącym ścięła obu bohaterów równo o głowę.

Eureus i Zefir umierają

Na horyzoncie topi się słońce w złocie czerwonym,
Z wschodu nadpływa siwa flotylla mgiełek wieczornych... – słowa nadpływały znikąd, same pojawiały się w jego głowie, idealnie opisując otaczającą go rzeczywistość – jej barwy, kształty, wzbudzane przez nią uczucia. Przez doskonałą chwilę Nortan sycił się natchnieniem i czuł, jak pieśń zakwita w głębi jego duszy, rozwija się, dojrzewa i pragnie wydostać się na świat, by zatrząść niebiosami. Dopiero po chwili uzmysłowił sobie, że prawie zupełnie już zrobiło się ciemno. Spojrzał w kierunku czerwonej tarczy słońca, której krawędź chowała się już za horyzontem, połyskując ostatnimi promieniami.
Gdy odwrócił wzrok ku ciemniejącym w oddali górom, dostrzegł odbicie czerwonego światła w dwóch niewielkich okrągłych punktach znajdujących się w trawie niedaleko miejsca, w którym siedział.

Czyli nie pomylił się co do kota. Uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się, czego szuka rudy włóczęga i czy kierunek jego wędrówki jest przypadkowy, czy nie. Nie myślał o tym jednak zbyt długo. Zignorował zwierzę i w milczeniu zapatrzył się w przestrzeń.
Jego wzrok błądził po chmurach gromadzących się ponad Górami, które zdawały się działać niczym wabik na ich skłębione warstwy. Oświetlone promieniami zachodzącego słońca białe zazwyczaj chmury przyjmowały barwy krwi i żałoby. Karmazyn, krwawe złoto, purpura i fiolet kapłańskich szat mieszały się i pyszniły na ciemniejącym niebie. Same góry zaś, których ostre wierzchołki rozdzierały rozciągnięte szeroko kłęby miękkich kolorów, zdawały się szczerzyć jak zębiska mitycznej bestii lub kolce na grzbiecie przedpotopowej bestii.
Były takie potężne...
W stanie bliskim katatonii Nortan siedział jeszcze przez ponad godzinę, aż do zakończenia spektaklu świateł i barw rozgrywającego się na wieczornym niebie. Kiedy zapadła ciemność, pogrążył się w pozbawionym marzeń śnie.

Ranek zastał go zmarzniętego, w ubraniu nasiąkniętym poranną rosą. Nad całą połacią łąki, na której zasnął, rozciągał się gęsty opar mgły, która jak mleko lub biała wełna otulała okolicę. Nie widział przestrzeni przed sobą dalej niż na wyciągnięcie ręki, ale przyjemność oddychania chłodnym, wilgotnym powietrzem rześkiego poranka zdecydowanie rekompensowała ograniczoną widoczność.
Czuł się silny i pełen wigoru. To był krzepiący, dobry sen.

Wykorzystałem wczorajsze bezdeszczowe przedpołudnie na wypad w jar Brzeźnicy (to jeszcze w granicach miasta. Generalnie było ciemno i pochmurnie, ale chwilami wyglądało słońce i to bardzo ostre (w czasie podchodu bez przerwy trzeba było majstrować przy ustawieniach w aparacie). Wybrałem się z myślą o sprawdzeniu nowego wabika na sarny (Bilik sie nie sprawdzał w moich rękach, kupiłem "Hubertusa"). Choć do ruji daleko to wabienie kóz o każdej porze roku może przynieść efekty. No i ja się ich spodziewałem (w końcu nowy wabik! ).
Teren trudny, zakrzaczony, pełno suchych traw, tarniny, głogów i dzikiej róży. Zazwyczaj nie daje szans na podejście saren bliżej niż 150 -200 metrów. Widać tylko lustra pomykające po skarpie. Ale tym raze silny wiatr dawał szansę, bo tłumił szelesty.
Ba, co z tego kiedy poprostu wlazłem na rudelek i znów znajmy widok - białe lustra wyskakujące nad trawy... Ale nie zrezygnowałem. oparłem się o brzózki, zaczekałem aż mi nogi ścierpną - wyraźny znak, że dosyć czasu odczekaliśmi i sarny swoim zwyczajem zataczając koło znów mogą być w pobliżu - i zawabiłem. Najpierw pisk koźlaka (no zgubiło się małe i szuka rudla) powabiłem z przerwami i.. pojawiły się sroki

26.


Dało mi to do myślenia... samotny koźlak przyciąga drapieżniki, więc.. no jasne zawabiłem "przestrachem koźlęcia". Odczekałem i... Jest efekt:
27.


Fakt, wyszła daleko ode mnie (jakieś 60-80 metrów) i zdjęcie kiepskie, tym bardziej, że teren nie sprzyja. Ale pokazuję zdjęcie jako dowód, że wabik skutecznie działa nawet o tej porze roku. Mam więc co robić w najbliższy czasie . Koza oczywiście wyszła pod wiatr i wystarczył delikatny podmuch w jej stronę by zaniechala "akcji ratunkowej" nie dając szans na więcej zdjęć... No cóż..
Wabiłem potem jeszcze kilka kilometrów dalej w gęstym olsie i o dziwo znów koza wyszła ale... zapomniałem, że kozy starają się wówczas wychodzić tak, by "koźlaka" mieć od nawietrznej a ja ustwaiłem się w odwtrotną stronę. Usłyszałem tylko szelest za sobą i znów... znajomy widok - białe błyski lustra... (wabik jednak z całą pewnością działa).

P.S. Przepraszam za długi elaborat, ale mnie wzięło na pisanie. Acha - taką mamy "zimę" pod Płockiem .

"Anna pa,pa":

krąg zaczyna się od jednostki, od Ciebie.
jesteś.. tak, chyba nawet  i  T y  j e s t e ś
częścią całości.
są słowa, które posiadają Moc. a ja --potrafię je wypowiadać,
nie bój się Ułudy. wystraczy jej do obdarowania wszystkich;
zbliż się, a odpowiem na to- co wydaje się być nieznane.
nauczę cię zauważać niewidzialne, samego siebie, również;
daj rękę, zaprowadzę cię do źródła.


Daję rękę, zamykam oczy z nadzieją jak za każdym razem

choć nie wszystkie tajemnice poznasz.
nieuchwytność.. trwa chwilę.

cykliczność. trwa.

już czas. chodź.


Człowiek bez serca śnił nie będzie choćby poznał wszystkie tajemnice czy
coś takiego było. No. Też Żart. Tak myślę.

pod łóżkiem kucają dmuchawce kurzu.
szare z przerażenia.
jak dawniej o zmierzchu arabscy mężczyźni
siwieją brodami
a na ich zmęczonych łysych czaszkach odbija się zemsta
wszechświata [i jego córek][dziewic z obłędem wokół ud],


Uda błądzą w opowieściach tysiąca i jednej nocy które opowiada się w
dzień na ulicach targach po łaźniach placach mężczyźni patrzą okrutnie
dzieci chichocą ale bez tego nic by nie było

ale jest: przemoc, drańska natura odludzka, zło, namiętność..
tylko komletnie nieobliczalnych rozwódek brak, dasz wiarę?


Wiary nie dam, bo nie mam, a przy rozwodzie trzeba liczyć i liczyć,
słowa, tapczany, serca, czy on mówił kocham częściej, czy wracał później
krzyczał głośniej decybele liczą się podwójnie..

zależy.
kobiece dużo bardziej.


Kobiety ubrane w słowa mają przewagę są wypukłe podwójnie
Kto na to pozwolił? Kto do tego dopuścił? Jak to wogóle możliwe pyta
mężczyzna coraz bardziej płaski znikąd pomocy.

a Ty?
piszesz coś, kumulujesz gdzies?


Piszę ale nic takiego. Zbyt mało energii raczej nostalgia i ciepłe
kluski w dodatku z rymami cukrem nieco sfermentowane..

| | Bo nie ukrywam że ten sposób spędzania wolnego czasu to
| | mi się wydaje atrakcyjny strasznie.
| czytaj Gretkowską, to moja siostra.
| Och, ja protestuję! To znaczy czy siostra to nie wiem, może tak, ale
| słońce też jest siostrą księżyca a pani gretkowska jakaś taka za
bardzo bardzo jest.

feministyczna? dosadna? pionierska?


Fizjologicznie prawdziwa morduje moje słońca łagodne kobiety zresztą
zupełnie tak jakoś bez ...
Mordowanie słów jak i ludzi musi mieć swoje powody musi czuć, wiedzieć
różnicę, widzę tu jest dupa a tu kurwa to nie przecinek ani wabik
potrzebne

| I swoje wiem - ale po co o tym mówić..

nie, to nie.
Anna pa,pa


pa pa
Robert


Robert
-----------

| są słowa, które posiadają Moc. a ja --potrafię je wypowiadać,
| nie bój się Ułudy. wystraczy jej do obdarowania wszystkich;
| zbliż się, a odpowiem na to- co wydaje się być nieznane.
| nauczę cię zauważać niewidzialne, samego siebie, również;
| daj rękę, zaprowadzę cię do źródła.
Daję rękę, zamykam oczy z nadzieją jak za każdym razem


oj, oj!!
uważaj!!
zaufanie lepiej granicz (chyba, że utonąć chcesz)

/jak za każdym razem, powiadasz../


| choć nie wszystkie tajemnice poznasz.
| nieuchwytność.. trwa chwilę.
| cykliczność. trwa.
Człowiek bez serca śnił nie będzie choćby poznał wszystkie tajemnice czy
coś takiego było. No. Też Żart. Tak myślę.


wcale na żart nie wygląda.

..a kiedy dwie ściany sypialni
zapiszesz imionami przyjaciół i kobiet najbliższych,
Twoje skronie z pewnością posiwieją,
ale świat rozszczęśliwi się szkliście, zobaczysz.
wtedy zaśnisz.

| jak dawniej o zmierzchu arabscy mężczyźni
| siwieją brodami
| a na ich zmęczonych łysych czaszkach odbija się zemsta
| wszechświata [i jego córek][dziewic z obłędem wokół ud],
Uda błądzą w opowieściach tysiąca i jednej nocy które opowiada się w
dzień na ulicach targach po łaźniach placach mężczyźni patrzą okrutnie
dzieci chichocą ale bez tego nic by nie było


a wiesz, ze pisanie o udach może być nałogiem?
kretyńską fobią, obsesyjną obsesją, słodziutkim maniactwem?
mam tak czasami. po prostu mi się tak robi.

| ale jest: przemoc, drańska natura odludzka, zło, namiętność..
| tylko komletnie nieobliczalnych rozwódek brak, dasz wiarę?
Wiary nie dam, bo nie mam


a co to? jakaś uproszczona historia chrześcijańsko-człowiecza
w liczbie pojedynczej?

a przy rozwodzie trzeba liczyć i liczyć,
słowa, tapczany, serca, czy on mówił kocham częściej, czy wracał później
krzyczał głośniej decybele liczą się podwójnie..


/o małżeństwie/
dwie strony stanowią jedną całość, lecz są rozdzielne
stykają się naturalnie, dość często
{jesli je odpowiednio powyginać}
a z czasem zachodzi pytanie: czy warto dbać o punkt
czy nawet o linię nie warto.

| zależy.
| kobiece dużo bardziej.
Kobiety ubrane w słowa mają przewagę są wypukłe podwójnie
Kto na to pozwolił? Kto do tego dopuścił? Jak to wogóle możliwe pyta
mężczyzna coraz bardziej płaski znikąd pomocy.


ależ mężczyzna jest doskonale wklęsły, dlatego też:
bez trudu zachodzi pomiędzy--
magiczne misterium porozumienia międzyludzkiego--
coś na kształt wspólnoty duchowej (?)
czerpiącej siłę i wzorce z praprzeszłości, z tzw. przodkowizny.

| a Ty?
| piszesz coś, kumulujesz gdzies?
Piszę ale nic takiego. Zbyt mało energii raczej nostalgia i ciepłe
kluski w dodatku z rymami cukrem nieco sfermentowane..


znaczy się: grafomaństwo.

| czytaj Gretkowską, to moja siostra.
| Och, ja protestuję! To znaczy czy siostra to nie wiem, może tak, ale
| słońce też jest siostrą księżyca a pani gretkowska jakaś taka za
bardzo bardzo jest.
| feministyczna? dosadna? pionierska?
Fizjologicznie prawdziwa morduje moje słońca łagodne kobiety zresztą
zupełnie tak jakoś bez ...


młodyś okropnie.

Mordowanie słów jak i ludzi musi mieć swoje powody musi czuć, wiedzieć
różnicę, widzę tu jest dupa a tu kurwa to nie przecinek ani wabik
potrzebne


bo ona nie ucieka w świat pozorów i bajkowych zbiegów
okoliczności, rzeczywistość pędzluje. rozumiesz? szkoda.

Anna pa,pa


Qsss - wąż
leon_88 - Leon zawodowiec
breloczek - breloczki z bohaterami z "Naruto" xD
mk - Emka - koleżanka z treningów
Hasid - Irak
Fiona - Shrek
franz josef - Frankenstein
Garguś - gargulec
Piotruś - zdrobnienie
Szczypior - szczypawica
a_aniołek - niebo
Manwë - Silmarillion
YQ - Tolkien
Ambasador - Rosja
ocean - Ocean Spokojny
babcia - Ania ^^, ostatni sprawdzian z histy, gestykulacja
Destroyer of Time - chaos
pat - mat

shizofreniq - choroba
hbk - trudny orzech do zgryzienia
kandzior - świeczka
cyniczka- Sn

Madziorna - mandarynka, Mandaryna xD
kenny - konik
Tasior - kaczor xP
wołek - wałek
kum kum - żabka
ribspreader - Robinson Crusoe
Maderok - pies
mukduck - p.prof. Minorowicz
Michałek - Michał Gołąb
MadzikB - Magda B.
mecenas - oświecenie
ernest - Hemingway
trempa - trampki
Enzo - encyklopedia
Raven - Rana

Yeti - człowiek z gór
Faghil Al-Ghilord - piłka nożna
maciora - mleko
jakops - kawa
herilda - Hermiona
ukash - Kakashi
Szymcio - If
BQsia - JNN
Procek – łacina

johny f. - Einstein, radiowęzęł, p.prof. Depczyński
Martyna - moje imie
spoon - łyżeczka
wockey - hockey
krystus.88 - babka
oxandra - 007

Gabik - wabik
xxxx - niewiadoma
Lolka - Mariolka
nataliato - IIIc
XX - XY, biologia, p.prof. Marcinkowska i wykład o daltoniźmie
kamillo - ciekawy avatar
tomekc – Mizuken
B@lon - dzieci i syndrom dziecka, które chce mieć balonika (rozmowa z Moniką)
ellipse - grawitacja
Azure Dragon - smoki
Bejbik - niemowlak
Wiedźmin - Sapkowski
QQ - IQ
Monika_B - ratownik
adamu - Adam i Ewa

Timmy97 - IIc
garfildzica - Garfield
fishbone - ryba
hola - hula-hop
Robson - wyspa
KIULIK – klikanie
vloq - absolwent
bunka - słuczka
Hellman - piekło
lubek - kabaret
Modka - papuga
Bajeczka - siostra Danki
Kirath - Ita
ffreak - kosmita
ender - mamut

elik - elipsa
salsa - taniec
olka... - Aleksandra (ładne imie)
wallace – ściana

mordred - krecik
Grzesiek_16 - zakłady
kony - siodło
Edyta - o Niej już było
Arus - prawnik
pvsp - PS
Aspider - identyfikator
vegx - vegeta
forget_me-not - pamięć
fryzjer - włosy

badacz_dusz - Elizjum
nataly - przekonania
troliq - królowa lodu, aparat
Slowiczeq - sytuacja, gdy ktoś kiedyś chciał mi sprzedać jego buty
Ian Ard - Potter, pierniki, orange
too-tiki - tic-tac
Ania - uśmiech
Herme$ - skrzydełka
ita - samorząd szkolny
zigzaq - żmija
daff - Hilary duff
rei - harmonia, spokój, anime
xendo - wiewiórka
Zombeq - komik, p.prof.Żurek
emsiurek - Dragon Ball Z

Iso - Hisoka ( użytkownik z senpuu ) - konsekwencja, kontrowersja
Jerion - Oluś
mala_czarna - aerobik
Siggraph - Alladyn
mihau - MG, człowiek orkiestra
Jagódka - stokrotki
Lukas - Finlandia
Oluś - pierwszoklasistka
real90 - Real Madryt
greyman - czytelnia
Fogi - "L" z Death Note (zawsze jak Go widzę przypomina mi się ta manga)
Johny No Name - pirat; człowiek, który mówi to co myśli
legorek - żółty kolor, Słońce. Matrix2.jpg (zdjecie Legorka <lol> ).
Lenin- mat-fiz, towarzsz
greguar- topik "Co myślicie o dziewkach z naszej elitarnej szkoły ?"

Świetne opowiadanie chłopaki.
Jak Wy kozłach, to mnie też nie pozostaje nic innego, jak tylko napisać o koźle.
( zdjęcie parostków w mojej galerii : http://lesnik.fora.pl/viewtopic.php?t=271 )

Pierwszy koziołek w tym roku

Był to wspaniały wieczór
Gdy już prawie słońce całkiem zaszło, Ja i Tata zajeżdżaliśmy na polę naszym Nissanem.
Otworzyłem szybę, chwiciłem lornetkę i bacznie obserwowałem.
Już prawie dojechaliśmy do ambony ( siadanki ) , kiedy przez drogę, która jest granicą obwodu Radomyskiego i Mieleckiego, przebiegł spory kozioł.
Było to jakieś 100m przed maską, i trudno cokolwiek zauważyć - pewne było, że koziołek

Samochód zostawiliśmy w takich wysokich trawach.
Pożyczyłem Tacie "połamania " i ruszuliśmy na łąki - każdy w swoją stronę

Ja usiadłem sobie na deseczce, bo siadanką tego nazwać nie można, na gruszy, jedynem drzewie na śrdoku pola.
Wszyscy z Antoniowa śmieją się, że to jak na sawannie
Wdrapałem się po niewysokiej drabinie da gruszę - w wielkich gumakach, z ciężką torbą i kamizelką, zawieczoną a niej, na wypadek, gdyby było mi zimno
W torbie miałem lornetkę, nóż, latarkę i aparat, wraz z telekonwerterem, a także sok.
Gdy grzebałem w przegródkach, znalazłem wabik - niestety - używa się go w czasie riu, więc musi poczekać

Gdy zegarek pokazywał 19:47 zauważyłem 3 kozy, brąnce w trawach.
Zmierzały w moją stronę
Pochodził chwilę, poskubały trawy i oddalił się do lasu, oddalonego od gruszy jakieś 200-300m.
Na ambonce na skraju, siedził właśnie Tata.

Chyba po pół godzinie zobaczyłem ogromnego, prawie jak łania kozła
Był imponujący
NA ŁBIE MIAŁ CZTERY TYKI
To był conajmniej dwunastak
Nigdy w życiu nie wiadziałęm czegoś takiego. Patrzyłm na niego, jakby lornetka przyrosła mi do oczu
Bałeś się brać nawet aparat, bo go nie słoszyć
W pewnym jednak momencie zerwał się jak szalony i popędził w trawy.
To było wspaniałe przeżycie
Napewno nik w to nie uwierzy, ale pokażę foto na forum, gdy tylko ktoś go strzeli.
Ale opowiadam dalej.

Było już chyba grubo po 20, choć nie patrzyłem na zegarek.
Powili się ściemniało, a ja usłszałem strzał Wyrażne PU-Pu
Napewno trafny
Popatrzyłemj w Taty stronę
Zobaczyłem 4 mignięcia latarką, co w naszym szyfsze oznacza : TRAFIONY : ~
Zeszliśmy ze stanowisk
Był to uwsteczniony szóstak.

Piszę jeszcze, że foto w galerii

Koziołek został wypatroszony i zawieziony do skupu.
Pozdraiwam wszystkich i Darz Bór

Znów jestem zmuszony dać +18. Ech trudno.
Sorka, że tak długo to trwało i, że znowu 10 stron...
Korekt zrobiłem dużo więc błędów nie powinno być
POprawki wprowadzone łącznie z uwagą Grześka blue:)

Ostatnie Starcie Rozdział 8: Nowe życie.

Słomiani Kapelusze niestrudzenie zmierzali na tropikalną wyspę Wasure. Załoga, czas umilała sobie ostro trenując. Dobrze wiedzieli, iż poziom, który w tej chwili posiadają jest niewystarczający. Ta myśl nękała szczególnie Brook’a, który pomimo, iż był tak jak Zoro szermierzem, to zdawał sobie sprawę, że ich poziomy diametralnie się różnią. Z tego też względu, kościotrup poprosił Roronoa, aby pozwolił mu wspólnie ze sobą trenować.
- Brook, skup się! Musisz się wyciszyć. Umiejętność koncentracji jest dla szermierza niezbędna podczas walki, a medytacja jest najlepszą do tego drogą.
- Tak mistrzu*.
Siedzieli od siebie na odległość jednego metra. Zapadła cisza. Dało się nawet wyczuć drżenie powietrza. Na ich twarzach malowało się skupienie i opanowanie. A dokładniej mówiąc na twarzy Zoro, bowiem Brook’a zaczął łapać skurcz. Starał się jednak tego po sobie nie okazywać. Takie coś jednak nie umknęło wprawionemu oku szermierza.
- Jesteś zbyt spięty, odpręż się – odparł spokojnie.
- Mistrzu prze…– zarwał głos, po czym po chwili wypuścił z siebie śmierdzące gazy. – Ups, przepraszam. Mistrzu, przepraszam, że cię mą osobą rozpraszam.
- Nic się nie stało, nie przejmuj się – Tak łatwo nie można było wytrącić go z równowagi. – Skup się, rozluźnij mięśnie.
- Kiedy mnie skurcz złapał.
- Wytrzymaj, jesteś mężczyzną! – powoli zaczął tracić do swego ucznia cierpliwość.
- Aktualnie to ściślej rzecz ujmując kościotrupem. Yohohoho-
- Brook! Chcesz być wspaniałym szermierzem, czy nie do cholery?!
- Pragnę tego nad życie! – wykrzyczał z pełną powagą i świadomością swych słów.
- To zamknij się i się skup!
Usopp także pomyślał o tym by wzmocnić swoje możliwości bitewne. Spędzając godziny w swej pracowni, właśnie kończył grzebać przy czymś, co łudząco przypominało metalową kamizelkę.
- Jest! Skończyłem! Hurra! Jupi Jupi, nie mogę się doczekać jak pokażę to chłopakom!
Pełen entuzjazmu wyleciał z pracowni.
Chopper także nie zasypywał gruszek w popiele. Cały swój czas ślęczał w swym laboratorium, próbując chemicznymi środkami podnieść swą wartość bojową.
- Po zażyciu trzeciej pigułki mogę zamienić się w potężne monstrum. Koniecznie muszę zgłębić tajnik natychmiastowej przemiany i od razu kontroli, bym nie zamienił się w dziką pozbawioną rozumu bestię. I tak, powtarzając sobie co pewien czas podobne słowa, z zapałem mieszał kolejne mikstury.
O dziwo Nami także nie próżnowała. Skrzętnie korzystano z tego, że Sanji był chory i przez większość czasu leżał w łóżku. Franky skonstruował sieć siatek, które odpowiednimi bojami rozstawił wokół Sunny’ego, zamykając w ten sposób pewien obszar wodny. I tak oto zmusił Nami do pływania, by podniosła swą wytrzymałość i siłę.
- Jestem wyczerpana – wycedziła Nami opierając sobie ręce na kolanach
- Tak szybko? Ledwo sześć okrążeń zrobiłaś.
- Ale nie mam już siły!
- Dobra to teraz przejdziemy do prawidłowych ćwiczeń - cyborg nasunął na czoło okulary i się uśmiechnął w taki sposób, iż dziewczyna się zaniepokoiła.
- Może jednak już wystarczy? – Nami właściwie słaniała się na nogach.
- Nonsens. Teraz gdy jesteś na krawędzi swej wytrzymałości najłatwiej przekroczysz bariery ludzkich możliwości – pchnął znajdującą się obok jego ręki wajchę i kopnął dziewczynę z powrotem do basenu. Chwilę później otworzył się dok statku, a ze środka wypłynęły cztery rekiny.
- Aa! – wykrzyknęła i z impetem zaczęła machać kończynami, uciekając w panice przed wygłodniałymi rybami.
- Widzisz? A mówiłaś, że nie masz siły. Hehehe.
- Zamknij się! – Nami prując jak motorówka kończyła pierwsze okrążenie.
- O ale fajne! W co się bawicie? Wygląda zabawnie! – wyszczerzył w swym uśmiechu zęby kapitan.
- To jest trening ignorancie. Korzystamy z niesamowicie sprzyjających warunków.
- Hę? – z twarzy Luffy’ego jasno można było odczytać, że nie rozumie o co chodzi.
- Mianowicie z tego, iż kucharz jest chory – mówił spokojnym głosem jednocześnie grzebiąc sobie śrubokrętem w lewej dłoni.
- No tak, jakby to zobaczył to na dupie nie prędko byś usiadł – roześmiał się kapitan.
- Wiem, dlatego dobrze, że jest chory. Poza tym jeśli mamy walczyć z jeszcze silniejszymi przeciwnikami to nasza pani nawigator musi być silniejsza.
- No tak, nie zaszkodzi – podszedł do burty, z której właśnie nadpływała dziewczyna. – Dawaj Nami! Dawaj! Hihihi.
- Zamknij się!
- O tu jesteście! – wleciał na zewnątrz z rozentuzjazmowany długonosy. – Podziwiajcie moją nową zabaweczkę. Franky walnij mnie w brzuch!
Cyborg rzucił okiem na jego klatkę piersiową. Miał na sobie tylko grubszą bluzę i nie było widać, rządnych dodatkowych sprzętów ochronnych.
- Franky ja już nie mogę! Umieram!
- Nikt nie powiedział, że łamanie barier ludzkich jest łatwe! – odkrzyknął jej i wrócił do Usopp’a
- Ty, jesteś pewny?
- Tak! Jak ci mówię wal to wal!
Franky zdjął sztuczną skórę z ręki i z okrzykiem „Strong Hammer” przywalił mu w bebechy. Ten sprawiał jednak wrażenie jakby nic mu się nie stało.
- A widzisz? A teraz patrz to, wziął swą procę i wystrzelił w Luffy’ego. Ten aż się skulił a siła odrzutu wypchnęła go zza statku.
- O cholera! – zawył Negappana nie biorąc pod uwagę wylotu kapitana.
Franky, doznał naraz szoku i jednocześnie mocno się wystraszył. Po kilku minutach wyciągnął kapitana z wody. Jednocześnie zgarnął Nami. Wypompowując wodę z chwilowo nieprzytomnego kapitana zagadał do długonosego.
- Niezły czad, jak to zrobiłeś?
- Hehe! – Usopp zdjął koszulkę a oczom zainteresowanych ukazała się dziwna kamizelka. – Proszę państwa oto moja, genialnego Usopp-sama broń defensywna! Wykorzystując odpowiednie narzędzia doprowadziłem do ogromnego ścisku dial, którymi następnie wypełniłem ową kamizelkę.
- Super – odezwał się Luffy, który odzyskał już przytomność.
- Hehe, to jeszcze nie wszystko kochani – dumny z siebie pokiwał palcem. - Za pomocą kilku specjalnych nakładek potrafię zabsorbować tę moc, w jedną najwyżej położoną dialę, a następnie, za pomocą wąskiego kabelka podłączonego do procy, czy specjalnych rękawic, przekazać w nie tę moc!
- Hu hu hu! Jesteś genialny! – Słomiany nie mógł wyjść z podziwu.
- Wiem, wiem – Usopp był w swoim żywiole. Czuł się teraz niczym na estradzie.
- A gdzie Robin – rzuciła znienacka Nami, zrzucając Usopp’a brutalnie na ziemię.
- Pewnie też coś trenuje – cyborg podrapał się w głowę. – Ten cały Bartholew Kuma wszystkim dał się mocno we znaki.
- Kuma… E, nawet go nie widziałem – rezolutnie wzruszył ramionami chłopak.
Franky i reszta natychmiast zaliczyli przewrotkę.
- Ty to potrafisz rozbroić człowieka – Usopp pierwszy podniósł się z ziemi. – To co Franky, pomożesz mi testować to cacko?
- Jasne! Supaaa Franky nadchodzi!
Cyborg nie mijał się z prawdą. W zacisznym miejscu na statku Robin również poddawała się treningowi. Mianowicie ćwiczyła rzucanie nożami. Oczywiście nie tylko swoimi własnymi rękami. Choć szło jej to topornie nie poddawała się. Wiedziała, iż w połączeniu z jej unikatowymi zdolnościami, taka umiejętność może jej się bardzo przydać. Głównie ćwiczyła chwytanie wyrzuconych noży w wyrośnięte z pokładu ręce, tak by móc przechwycić broń i zaatakować nią niemal natychmiast po ewentualnym uniku przeciwnika.
- Na Thriller Brak zbytnio się nie wykazałam, muszę się wzmocnić! Musze być silniejsza! – mówiła do siebie ocierając sobie pot z czoła po wielogodzinnym treningu.

Smoker dopiero po dwóch dniach zgodził się na postulaty stawiane przez Hinę. I to tylko dlatego, że kończył mu się czas podjęcia decyzji. Od momentu przystąpieniu na jej warunki, przeżywał w jego mniemaniu, istne katusze. Gdy Hina poszła się umyć Smoker, przejrzał kartkę, na której zapisał sobie ku pamięci, co i jak ma robić. Informacje pobrane od kolegów:
chodź trzymając ją czule za rękę i pozwól jej się przytulać; często stosuj zwrot „kocham cię”; mów o niej „kotku, kochanie, kwiatuszku”; praw jej komplementy mówiąc, że ślicznie wygląda, nawet jeśli faktyczny stan rzeczy jest daleki od prawdy.
- No kurde mać! – jak można tak kłamać?! To dopiero dwa dni a ja już czuję, iż więcej nie wytrzymam. Trzeba coś obmyślić! – wyrzucał swą złość krzycząc w pokoju. – To będzie druga noc kiedy znowu będę musiał tolerować jej zapędy w łóżku! A najbardziej podnosi mi ciśnienie to, że muszę z nią w tym spać! – walnął ze wściekłością w łóżko z baldachimem.
Nagle przycichł, gdyż usłyszał, iż woda przestała się lać.
Musze coś obmyślać, tak dalej być nie może! – pomyślał i zaczął rozmyślać nad rozwiązaniem zaistniałego problemu.
Po paru minutach dumania, Smokera wreszcie olśniło. Akurat Kobieta wyszła już spod prysznica.
- Coś się stało kochanie? - zapytała słodkim głosem. – Wydawało mi się, że ktoś krzyczał.
Otóż to kobieto! Wydawało! – pomyślał, i aż skręcało go by tak jej nie odpowiedzieć, ale po chwili odparł.
- Nie słonko, przesłyszałaś się.
- Może tak – uśmiechnęła się i usiadła koło niego na łóżku.
- Skarbie – wycedził zdobywając się przy tym na nie mały wysiłek – A czy nie lepiej by było, jak byśmy byli jak małżeństwo? Ja traktowałbym cię jak swą żonę ty mnie jak męża.
Hina się zarumieniła.
Czyżbym odniosła sukces? Zakochał się we mnie? – pomyślała i natychmiast się zgodziła, zarzucając mu się na szyję.
- To dobrze, no to idziemy spać.

Właśnie wstawał nowy dzień, a promienie słońca przebiły się do sypialni, rozświetlając pokój i przebudzając Hinę, śpiącą z zewnętrznej strony ogromnego łoża.
- Dzień dobry kochanie – czule ucałowała mężczyznę.
- Grr, daj mi spać! – odwrócił się tyłem do niej i zarzucił mocniej kołdrę.
- Kochanie, nie bądź taki oschły, przyśnił ci się jakiś koszmar?
- Skoro mowa o koszmarach, czuję jakbym w jednym od dłuższego czasu uczestniczył.
- Nie żartuj sobie – dłoń przesunęła się po muskularnej ręce i całą sobą ją objęła, przybliżając jednocześnie piersi do jego pleców
- Psia mać! Co za kobieta! – wyrwał się z jej uścisku i podniósł z łóżka.
- Tak się z dziewczyną nie postępuje! – oburzyła się.
- Może i nie z dziewczyną ale żoną już tak.
- Chyba po dwudziestu latach małżeństwa!
- Może, ja tam się nie znam – ziewnął głośno i przeciągnął leniwie ramiona.
Opłacało się trochę pomyśleć. Ależ genialną strategię obronną obmyśliłem – pomyślał i zadowolony z siebie, skierował swe kroki ku łazience.
Kobieta odwróciła się na plecy i oburącz objęła poduszkę.
- Cholera. Co za cham! On na mnie leje z góry, z dołu, z prawej, lewej i z wyskoku, jak się tylko da – wściekła rzuciła poduszką przed siebie. W ogóle nie liczy się z moimi uczuciami.
Wymyślił sobie „jak byśmy byli jak małżeństwo”, że też się na to zgodziłam! – ryknęła rozwścieczona.

Rezydencję na Wasure, odwiedził nowy gość. Oto powrócił „syn marnotrawny”.
- Wow! Ale kawał chaty! – chłopakowi aż się oczy świeciły. Choć kiedyś tu mieszkał, ostatnie lata zupełnie wymazały mu z pamięci wygląd tego miejsca. Drzwi otworzyły się a w nich stanęła Nevis. Miała na sobie krótką błękitną spódnicę i szykowną, śnieżnobiałą bluzeczkę na ramiączkach idealnie pasującą do jej naszyjnika.
- Siostra! – radośnie wykrzyknął młodzieniec.
- Nakuchi*, wróciłeś! – uśmiechnęła się i objęła gościa. - Cieszę się, że znowu cię widzę.
Po ciepłym przywitaniu i wymienieniu pozdrowień przeszli do salonu.
- Jej! Ale się tu u was zmieniło.
- Przesadzasz, po prostu dawno tu nie byłeś. To już cztery lata… - dziewczyna posmutniała i spuściła wzrok.
- Ale wróciłem - szturchnął ją lekko łokciem.
Widząc rezolutność chłopaka humor natychmiast się jej poprawił. Zaparzyła malinowej herbaty i usiadła w fotelu naprzeciwko gościa. Pomiędzy nimi stał mały stolik na jednej diamentowej nóżce. Cały ten „kącik” znajdował się we wnęce ogromnego salonu.
- Tak, muszę przyznać, iż wybrałeś bardzo odpowiednią do tego chwilę. Swoją drogą o tym twoim wyczynie piszą na pierwszych stronach gazet. Widzę, że dokonałeś krwawej zemsty. – rzuciła przed niego wczorajsze wydanie gazety, opisująca tragedię w Alabastii.
- Aj, wydało się – chłopak się zmieszał i wycofał rękę za głowę.
- Zniszczyłeś jedną piątą Alubarny i obaliłeś tamtejszą monarchę. Myślałeś, że świat się o tym nie dowie?
Wyraz na twarzy chłopaka uległ diametralnej zmianie. Choć przed chwilą biło od niego ciepło i pełna swoboda, tak teraz Nevis poczuła, że siedzi naprzeciw bezlitosnego mordercy. Obrzucił ją lodowatym spojrzeniem, ta aż się wzdrygnęła.
Zaniepokojona postanowiła zmienić temat.
- Mniej…mniejsza o to! Haha – sztucznie się uśmiechnęła a na jej twarzy pojawiły się krople potu. - Nakuchi, ostatnio odpadło z naszej grupy Midoriou dwóch członków. Nie głupim posunięciem byłoby nadrobić te straty. Może chciałbyś – zrobiła chwilową pauzę, przełknęła ślinę i delikatnie wycedziła – się do nas przyłączyć?
Chłopakowi momentalnie wrócił nastrój sprzed chwili. Spojrzał na nią figlarnie.
- No nie wiem siostro. Hmm – zamyślił się oczyszczając sobie prawy narząd słuchowy. - Skoro ty mnie prosisz, to w sumie mogę – uśmiechnął się szczerząc zęby.
- Ach, to dobrze – odetchnęła z ulgą. Miło mi będzie z tobą współpracować – puściła do niego oczko.
- Nie podrywaj mnie – wystawił język Wiesz, że dziewczyny mnie nie interesują.
Jedna sprawa nie dawała jej spokoju. Musiała to wiedzieć. Choć obawiała się o to zapytać, ciekawość okazała się silniejsza.
Przepraszam, że się wtrącę w twoje sprawy ale powiedz mi czy – na moment język ugrzązł jej w gardle. – podczas twojego pobytu w Alabastii, co zrobiłeś z tamtą wioską, w której cię spotkałam?
- Jak to co? – o dziwo chłopak nie stracił poczucia humoru. Wzruszył ramionami i odparł jak gdyby nigdy nic. - Zabiłem wszystkich osiemset sześćdziesięciu mieszkańców a trupy wraz z całym miastem. pochłonęła ziemia.
Nevis w głębi serca czuła, że taka będzie odpowiedź. Z przerażeniem patrzyła na ledwie szesnastoletniego chłopca, mówiącego o takich rzeczach w tak wyluzowany i frywolny sposób. Nic nie mogła na to poradzić, serce Nakuchiego zupełnie uodporniło się na ludzką krzywdę. Posmutniała.
- Coś się stało – zapytał zatroskany.
- Nie, nic takiego – rozpromieniła się by go nie zasmucać. – Pewnie jesteś zmęczony po tak długiej podróży. Może weźmiesz kąpiel? Kazałam przygotować, powinna już być gotowa.
- A czemu nie, trochę się ochlapię – dopił wyborną herbatę, po czym wstał z fotela i skierował się ku drzwiom – No to idę dokonać ablucji – uśmiechnął się i zniknął jej z oczu.
Dziewczyna oparła swą twarz na ręce i westchnęła:
- Biedny chłopak, jak też on miał ciężko. Co to życie z niego zrobiło...

Moria powrócił do swej siedziby na Thriller Bark, gdzie w ciszy i skupieniu mógł się oddać własnemu treningowi. Z dala od wszelkiego zgiełku, opracowywał nową przerażającą technikę. Nie to, żeby walka z Mugiwarą mu dała tyle do myślenia, ale za wszelką cenę chciał się zemścić. Nawet on zauważył jednak, że zdecydowanie marnuje potencjał swego owocu.
Doflamingo również powrócił do swej siedziby na Grand Line. Choć minęło już sporo czasu, rany nie zdążyły się jeszcze w pełni zagoić. Wszedł do głównej Sali, gdzie znajdowało się większość jego ludzi.
- Szefie, jak miło że do nas wróciłeś! – odezwał się niewiele znaczący w jego szeregach Bellamy.
- Odsuń się od niego śmieciu – kopnęła go piękna kobieta i przytuliła się do poranionego ciała mężczyzny. Około dwudziesto kilku letnia blondynka. Włosy sięgały jej prawie do pośladków. Wysoka, bo około metr siedemdziesiąt, a przy tym nie gorszej figury. Męską uwagę przykuwał zwłaszcza jej pokaźny biust oraz bardzo długie zgrabne nogi. Miała na sobie wyzywający, czarny gorset i do tego krótką miniówkę uwypuklającą jej znakomite krągłości. Na nogach czarne rajstopy z wyhaftowaną pojedynczą dużą różą oraz buty na wysokim obcasie, tego samego koloru co jej paznokcie, czyli czerwone.
- Sedoka! Miło cię widzieć. Ale weź tak się do mnie nie tul – odsunął od siebie kobietę i zasiadł na wielkim krześle, przypominającym tron, w samym centrum pokaźnej sali. Wystrój był nieco ubogi, z goła inny niż rezydencja Krysa. Niemniej prezentował się niezgorzej.
Teraz w momencie gdy mężczyzna usiadł i odsłonił tym samym nieco brzuch, kobieta zauważyła długa ciętą ranę, której mogłaby przysiąc, że wcześniej nie widziała u niego.
- Skarbie, kto ci to zrobił? – zapytała zatroskana.
- Nikt taki – przybliżył się i zetknął swe wargi z ustami kobiety.
- Kapitanie proszę nam zdradzić! – zagrzmiała cała sala.
- No dobrze, niech wam szproty będzie – usadowił się wygodnie, a Sedoka usiadła mu na kolanach i czule go objęła. – To był Rudowłosy Shanks.
Sala zamarła. Wszyscy wiedzieli jak potężny jest ten, którego imię przed chwilą wypowiedział ich kapitan.
- Hurra, nasz kapitan rozwalił Rudego! – nagle rozbrzmiały głosy z rozentuzjazmowanych piratów.
- Opowiedz nam jak do tego doszło – kobieta zmysłowo przesuwała palcem po klatce piersiowej mężczyzny.
- No, czemu nie, słuchajta!
Flamingo zaczął opowiadać, oczywiście koloryzując na swoją korzyść jak się tylko dało. Choć w rzeczywistości zarówno on jak i Teach, żyły sobie wypruwali, by zranić przeciwnika, z jego opowieści wynikało jakby Czarnobrody tylko pałętał się mu pod nogami, a on sam zadał decydujący cios. Choć opowieść była grubymi nićmi szyta, mówił w sposób wiarygodny, więc podwładni, uwierzyli w tę historię. Następnie nadszedł czas wielkiej balangi.

Ten dzień był z goła inny od poprzedniego. Komodor praktycznie nie zwracał na nią uwagi. Mało tego kazał sobie podawać piwo czy masować kark. W nocy Hina podjęła pewien temat.
- Smoker, ty w ogóle coś do mnie czujesz? – posmutniała na twarzy.
- Znowu mi nie dajesz spać kobieto? – mężczyzna był niewzruszony i mścił się na niej za wszystkie do tej pory wycierpiane „krzywdy”.
- Proszę, odpowiedz mi.
Choć miał ją głęboko w poważaniu, nie miał serca z kamienia i widząc jak kobieta prawie płacze z jego powodu, odpowiedział:
- Byłaś mi obojętna, a przez te ostatnie dni to byłaś jak wrzód na dupie!
Przybliżyła się do niego leżąc na boku.
- Ty naprawdę jesteś mężczyzną? – nie mogła zapanować nad sobą i pomacała go.
- Orz ty bezwstydna…! – rozwścieczony, szybko odepchnął jej rękę.
- Hmm wygląda na to, iż pomimo moich wątpliwości, związanych z twoim „nie męskim” zachowaniem, jednak go masz. Tym bardziej dziwi mnie twój chłód jakim mnie tak obficie częstujesz. Mógłbyś być dla mnie nieco milszy – znów posmutniała i oparła głowę o jego plecy.
- Nie przystawiaj się tak.
- Wiesz, myślałam, że to będzie jednak inaczej wyglądało, już mnie to nie interesuje. Wygrałeś, od jutra wykonujemy naszą misję.
Smoker nie mógł uwierzyć w to co usłyszał i co w niej ujrzał, czyli odrobinę człowieczeństwa. Odwrócił się w jej stronę.
- Serio? Koniec z tym chodzeniem za rączkę itd.?
- Nie – westchnęła i z nieopisanym smutkiem wypełniającym jej serce, odwróciła się do niego plecami.
- No, to w takim razie dobranoc.
Ostatnie wypowiedziane słowo rozpaliło jej serce.
Dobranoc? On… on to tak sam z siebie powiedział? Nie powiedział tak do mnie nawet, jak byliśmy „parą”. Może wystarczy, jeśli nie będę się narzucać i będę cierpliwa?
Na jej twarzy wreszcie, pojawił się uśmiech. I tak pogrążyła się w rozmyślaniach o kolejnych postępach w ich wzajemnej miłości, gdy usłyszała… chrapanie komodora. Niby się dusił, niby chuchał, a i krztuszenie w tym jakieś i było. Hałas nieziemski. Do tej pory, raczej udawało jej się zasnąć pierwszej. Tym jednak razem była tak zaaferowana swymi miłosnymi rozmyślaniami, że to Smoker ją uprzedził. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, a biedna kobieta, nie mogła w ogóle zasnąć.
- Co to do cholery jest?! Bartholew Kuma, czy co? Smoker pobudka! Nie mogę spać przez ciebie!
Jej głos zdawał się nie docierać do mężczyzny, postanowiła użyć nieco konkretniejszych środków. Złapała palcami jego pośladek i mocno skręciła.
- Ajajaj! – obudził się niemal natychmiast. – Znowu ci na dekiel bije?
- Nie, po prostu wydajesz dźwięki takie, że lokomotywa nie ma co się z tobą równać!
- Acha, no przykro mi nic na to nie poradzę.
- Nieważne teraz już postaram się zasnąć przed tobą – szybko ułożyła się wygodnie na boku.
Smoker zrobił dokładnie to samo. Nie pomyślał wtedy, iż najnormalniej w świecie mógł iść znowu spać na kanapę.

Statek przewożący niewolników dopłynął do portu na Wasure. Zyga wraz z kilkoma kolegami poklasyfikował towar i kazał rozwieść go do odpowiednich klientów. Vivi zajął się osobiście, gdyż prawdziwy jej właściciel, był dla niego nie tylko szefem ale był dla niego jak ojciec, gdyż za młodu przygarnął go do siebie. Garamir, człowiek, do którego właśnie zmierzał był właścicielem okazałego, słynnego na większą część wyspy klubu nocnego, a także kilku burdeli go okalających. Powóz Zygi podjechał właśnie pod wspomniany klub. Mężczyzna zsiadł i wszedł do środka. Od razu skierował swe kroki do pokoju Vipów.
- Zyga szmat czasu cię nie widziałem! – szef lokalu życzliwie przywitał swe gościa i uścisnął mu prawicę. – Przywiozłeś ją?
Mężczyzna o niezbyt rozbudowanej muskulaturze kiwnął głową i postura złodziejaszka wskazał palcem w tył – Jest w powozie.
- Bardzom rad, a gdzie Dymiro? Przecież to on był odpowiedzialny za nią. Podczas rozmowy telefonicznej, wspomniałeś, że musiałeś go zastąpić. O co chodziło?
- A o to, że ten kurwa kutas dobierał się do twojej niewolnicy! Więc tę zboczoną świnię zarżnąłem jak zwykłego prosiaka! Beryl i Trejo nie byli wiele lepsi, ale tych debili zostawiłem przy życiu.
Garamir roześmiał się i poklepał Zygę po plecach.
- Bardzo ci dziękuję przyjacielu. Idź odreaguj stres zabawiając się z jedną z moich dziwek.
- Rety, kurwa dzięki! – to powiedziawszy wyszedł z pomieszczenia.
Po chwili przed oblicze Garamira rzucono związaną Vivi. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem. Mężczyzna, w średnim wieku, brązowe włosy, gdzie grzywka zaczesana na boki a reszta włosów spięta z tyłu wyglądająca jak końska grzywa. Cera ciemniejsza, twarz lekko zaokrąglona, z niewielkim zarostem. Przy kości ale nie grubas. Ubrany jak większość kupców. Czyli w fantazyjne wzory jasnych szat z szerokimi rękawami.
- Ach, wyglądasz lepiej niż się spodziewałem eks-księżniczko – w jego głosie dał się wyczuć pod koniec wypowiedzi lekki sarkazm.
- Kim jesteś?! – spytała zdenerwowana wijąc się jak robak po podłodze.
- Nazywam się Garamir, to moje imię jest wygrawerowane na twej bransoletce. Jestem twoim właścicielem, a ty moją posłuszną niewolnicą.
- Chyba na rozum ci padło!
- Cięty masz język słodziutka. Słyszałem także od Zygi, że nawet silna dawka napięcia nie zmusiła cię do posłuszeństwa.
Vivi wzdrygnęła się na samą myśl o tym bólu. Zaniepokoiła się obawiając, iż znów ją to czeka. Swego strachu jednak nie dała po sobie poznać. Choć była bezsilna, sprawiała wrażenie gotowej na wszystko i upartej dziewczyny.
- Jako księżniczka potrafisz pewnie nieźle tańczyć. Będziesz więc striptizerką w moim lokalu.
- Nigdy w życiu! Wolę umrzeć!
Mężczyzna obszedł ją naokoło. Vivi nawet na moment nie spuściła z niego wzroku.
- Podobasz mi się coraz bardziej, zwłaszcza ten twój duch walki – zerknął na nią i się uśmiechnął. – Nie martw się, moi ludzie mają swoje sposoby by cię złamać. Będziesz robić dokładnie to, co ci każę. Barahamaha Barahamaha!
- Prędzej mi kaktus wyrośnie!
Do pomieszczenia weszło dwóch rosłych typków, którzy zabrali ją z podłogi.
- Nie pójdzie ci ze mną tak łatwo! Słyszysz?!
Opowiedział jej tylko gromki śmiech.
Po kilku minutach rozwiązano ją i wrzucono do ogromnego pokoju z innymi dziewczętami. Większość milczała, miny miały posępne. Tylko trzy z nich siedziały przy stoliku i swobodnie rozmawiając popijały sake. Sam pokój miał ściany pomalowane na czerwono, na lewo kilka piętrowych łóżek, na środku dywan w fantazyjne i jaskrawe wzory. Po bokach prawej strony stały kanapy czy fotele kolorów bordowych lub czarnych z jakimś nieskomplikowanym wzorem, a przy nich stoliki. W kącie natomiast znajdował się mały bar. Od strony drzwi siedziała oparta o ścianę jedna z dziewcząt. Pierwszą nogę miała zgiętą natomiast druga była swobodnie wyciągnięta. Głowę trzymała podniesioną i ślepo gapiła się przed siebie. Nie była specjalnie wysoka, ale urody jej nie brakowało. Jasna cera, krótkie, roztrzepane czarne włosy, błękitne oczy, piękna twarz. Piersi średniego rozmiaru. Odziana była w żółtą bluzeczkę z krótkim rękawkiem oraz spódnicę sięgającą do kolan. Bez rajstop i butów.
- Nowa? – obrzuciła niebiesko-włosą dziewczynę obojętnym spojrzeniem.
- Tak – zmieszała się lekko. Nazywam się Vivi, a ty?
Ta odwróciła głowę na bok i żując gumę odparła.
- Rita.
- Miło mi poznać – twarz dziewczyny rozpromieniała. Ucieszyło ją to, że tak szybko udało jej się nawiązać z kimś nić porozumienia.
- A mi wszystko jedno – żuła dalej prawie w ogóle nie spoglądając w jej stronę.
Vivi czuła się zakłopotana. Mimo to próbowała pociągnąć rozmowę dalej.
- Jak tu trafiłaś?
Dziewczyna nic nie odpowiedziała.
- Rozumiem… Przepraszam nie powinnam była pytać – zmieszała się i posmutniała na twarzy.
- Nie, to… – na chwilę się zamyśliła. Spojrzała w oczy swej interlokutorki i ujrzała w nich ciepło. Poczuła, że może jej powierzyć najgłębszy sekret, a ona, jeśli tylko się oto ją poprosi go nie zdradzi. Po chwili odparła - przykra historia… Wychowywał mnie ojciec, matka umarła gdy miałam trzy lata – posmutniała i schowała twarz w kolanach.
Vivi oparła rękę na jej ramieniu, co dodało Ricie odwagi. Kontynuowała.
- Później, gdy miałam siedemnaście lat, mój ociec wpadł w długi, poważne długi. Wygnał mnie z domu, by nie zmuszano mnie do prostytucji. Dwa dni później dowiedziałam się, że go zamordowano.
- Współczuję – westchnęła i popatrzyła w jej załzawione oczy.
- Nie, ja już się z tym pogodziłam. Tylko potem…Wiesz, nawet nieźle sobie radziłam, pomagałam pewnemu starszemu małżeństwo, za to miałam gdzie spać i co jeść. Ale świat przestępczy zainteresował się mną, bo jak to się mówi „ niezła była ze mnie dupa”. Proponowano sowite wynagrodzenie za mnie, ale ów małżeństwo się na to nie zgadzało. Byłam dla nich jak córka. Pewnego dnia spalili dom, w którym mieszkałam. Moi dobroczyńcy zginęli na miejscu, mnie natomiast przewieziono tutaj.
- Straszne – w tej chwili dotarło do Vivi, że i ta dziewczyna nie miała lekko.
- A ty?
- To bardzo świeża rana…wybacz ale – po policzkach zaczęły jej spływać łzy. Po chwili się rozpłakała i ukryła twarz w rękach.
Rita od razu zauważyła, że jest za wcześnie by o to pytać. Przytuliła ją do siebie.
- Płacz, masz prawo do łez. – czule głaskała głowę swej koleżanki – Łzy pozwalają nam wyrzucić z siebie, to co nas najbardziej boli…
Po kilku minutach Vivi się uspokoiła. Podniosła się z jej piersi i kilka razy pociągnęła nosem.
- Chcesz chusteczkę? – włożyła rękę do kieszeni i wyjęła świeżo napoczętą paczkę.
- Dzięki.
- Nie ma za co – uśmiechnęła się do niej.
- Długo tu jesteś? – otarła łzy z oczu.
- Będzie nieco ponad półtora miesiąca.
- A przepraszam, jesteś tu jako tancerka czy – Vivi ugrzązł głos w gardle, innej opcji sobie nie wyobrażała. Na jej szczęście, nie musiała kończyć pytania.
- Wszystkie znajdujące się tutaj dziewczyny to tancerki. Aczkolwiek – urwała myśl, ale czując bijące od koleżanki ciepło po chwili dokończyła. – Niby jestem od machania tyłkiem, ale mam na koncie pięć fiutów.
- Przepraszam? – wyraźnie nie zrozumiała o co chodzi.
- Nie rób z siebie jakiejś księżniczki – uśmiechnęła się i szturchnęła koleżeńsko łokciem.
- Ale ja nie bardzo – zarwała głos i spuściła głowę.
- „Fiut” to taka jednostka, którą się tu posługujemy. W ten sposób liczymy ile razy nas zbrukano, przelecono.
Vivi poczuła ciarki na plecach i aż się skuliła.
- Ale, przecież nie robisz tutaj jako prostytutka.
Dziewczyna dalej żuła gumę, lecz jej twarz od dłuższej chwili radośnie się uśmiechała w stronę Vivi. Rozmowa wciągnęła zarówno jedną jak i drugą. Wyglądały jak dwie, od lat znające się kumpelki.
- No niby tak, ale gówno to kogo obchodzi. Liczy się zysk. Jeśli spodobasz się jakiemuś wielbicielowi twoich tańców, to możesz być pewna, że gość wyłoży wiele razy więcej niż za zwykłą dziwkę, tylko po ty, by móc właśnie z tobą pójść do łóżka. I wtedy to już robisz, jako prostytutka.
Vivi nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Chciała wykrzyknąć „przecież tak nie wolno”, ale szybko zorientowała się, że to na nic. Że tutaj pojecie „sprawiedliwość” można włożyć między bajki. Spuściła posępnie głowę.
- Czyli nasz taniec, jest swego rodzaju wabikiem, by móc później zarobić na nas dużo więcej?
- No, coś w tym stylu – odparła i spojrzała w sufit na chwile się zamyślając.
- I dziewczyny się na to godzą?
- Niektóre nie ale-
W ten drzwi się otworzyły i do pokoju weszło dwóch tych samych mężczyzn, którzy przyprowadzili tu Vivi
- Ty! – ozwał się grzmiący głos w kierunki niepełnoletniej blondynki. – Spodobałaś się jednemu z klientów, właśnie na ciebie czeka!
- Mam to gdzieś! – powoli wycofała się pod ścianę, wszystkie dziewczyny się od niej odsunęły. Po chwili przeszyła jej ciało potężna dawka napięcia. Nie minęła sekunda a panowie usłyszeli „zgoda”. Cierpienie natychmiast ustało. Mężczyźni pomogli jej wstać i wyprowadzili ją z pomieszczenia zatrzaskując drzwi.
- No- machnęła ręką Rita - to ci panowie ładnie zobrazowali. Uwierz mi, to okropny ból.
Tego akurat mówić jej nie musiała. Vivi doskonale pamiętała jakie to uczucie, bowiem to doświadczenie, miała już za sobą.
- Nie jest tak źle – odparła przyciszonym głosem.
Rita ze zdziwieniem popatrzyła na koleżankę, uśmiech nie zniknął jej jednak z twarzy.
- Widzę, że ty jesteś z tych nieustępliwych –– mrugnęła do niej okiem. - I dobrze! Ja jednak ulegam gdy mnie porażą prądem. Nie mogę wytrzymać tego bólu. – Ale nie myśl, że jesteś jedyna - wyprostowała przed nią wskazujący palec. - Była przed tobą taka jedna co również nie przejmowała się własnym cierpieniem. Ale i ją złamali – westchnęła. – Tańczyła i dawała dupy jak każda inna.
- Jak ją złamali?
Rita już chciała jej odpowiedzieć, gdy drzwi znów się otworzyły. Do sali weszły trzy osoby. Od lewej: piękna kobieta (późna dwudziestka), stary babsztyl z biczem w ręku oraz młody mężczyzna. Starsza pani natychmiast zaczęła krzyczeć.
- Dziewczyny! Co jest z wami?! No już, ruszać się, pora na lekcję!
- Lekcję? – z niedowierzaniem wyjąkała Vivi – A czego?
- Ty suko! Jakim ty tonem do mnie mówisz? – zamachnęła się i zdzieliła ją batem po plecach.
- Au! Za co?!
- Nie zadawaj pytań jak cię nie proszą! – ponownie uderzyła ciało dziewczyny.
Rita szybko podpełzła do nowej koleżanki i cichutko wyszeptała jej prosto do ucha.
- To Makuto-sama. Kieruje się zasadą „Nie odzywaj się, jeśli nie uzyskasz pozwolenia”. To będą lekcje kroków, ruchów tak, byśmy były profesjonalnymi striptizerkami.
- I to będzie prezentowała na sobie? Chyba zwymiotuję.
Rita lekko zachichotała, ale szybciutko się opanowała.
- Nie coś ty. Widzisz tą z lewej? To weteranka.
- Cisza! Żadnych rozmów! – tym razem to Ricie się dostało.
- Tak proszę pani! – szybko uklęknęła i pochyliła niziutko głowę.
- Pani wybaczy, ale nie mam zamiaru się tego uczyć – grzecznie zanegowała Vivi.
- Ty wredna suko! – Poleciał istny grad ciosów. Biczowała ją po plecach i ramionach. Ofiara tylko się skuliła i jęczała z bólu. Wszystko to trwało zaledwie parę sekund, bowiem mężczyzna stojący po prawej stronie natychmiast interweniował.
- Czy nie lepiej użyć tego? – podał jej zdalnie sterowany pilot do bransoletki z biczowanej. – Wolelibyśmy by nasz towar nie odniósł zbyt wielkich zewnętrznych szkód bo to może obniżyć niekorzystnie cenę.
Kobieta najchętniej kontynuowała by tę zabawę, ale wiedziała, iż mężczyzna ma rację. Z niechęcią sięgnęła po pilota i od razu poczęstowała ciało Vivi większą dawką. Ta, wyła z bólu, mimo to była nieustępliwa. Ponawianie prób nie odniosło oczekiwanych rezultatów. Nie można było jej zmusić do posłuszeństwa.
- Widzę, że trafiła nam się kolejna twarda sztuka. Sięgnęła po drugi pilot i w jednej chwili prąd przeszył Ritę. Znów dały się słyszeć straszliwe dźwięki wywołane niesłychanym cierpieniem.
- No i? – starsza pani triumfalnie spojrzała na obolałą Vivi. – wiesz, że ona cierpi teraz tyko i wyłącznie przez ciebie!
Te słowa zraniły ją dużo głębiej niż bat czy prąd. Przez jej myśli przesuwały się bolesne zdania.
„Żeby nie było, oni giną przez ciebie.”
„Widzisz ile twój głupi upór kosztował ludzkich istnień”
Okropne wspomnienia, które pragnęła za wszelką cenę wymazać z pamięci powróciły i usilnie atakowały jej umysł, wywołując ogromne wyrzuty sumienia. Tak jak wcześniej, przez jej upór i niewzruszoną postawę ginęli jej podwładni, tak teraz, dosłownie obok, bogu ducha niewinna dziewczyna cierpiała straszliwe męki na jej oczach. To wszystko powodowało, że w tej chwili, choć nie fizycznie, przeżywała istne katusze.
„Dalej będziesz taka uparta?”
Tragiczne wspomnienia nie dawały jej spokoju. Widząc przez łzy jak, jej koleżanka cierpi, mogła już zrobić tylko jedno.
- Przestań! Błagam cię! Zrobię wszystko co zechcesz!!! – rozpłakała się i upadła na kolana. Łzy gęsto spływały po jej licach.
- Przepraszam cię – wyszeptała nad koleżanką, którą właśnie przestało rzucać.
- To… to nic… A jednak, jesteś taka sama jak tamta…

* Nakuchi - "naku" czasownik w formie bezokolicznika "płakać" i "chi" czytane jako "krew". Ma oznaczać " Płaczący krwią".

* Zastanawiałem się czy dać "sensei" ale postanowiłem jak najmniej japonizować. Poza tym bardziej wypadałoby użyć "senpai" Więc zostawiłem piękne polskie słowo "mistrzu".